czwartek, 9 marca 2023

PROMETHEA cała seria - recenzja

Alan Moore to jeden z moich ulubionych scenarzystów komiksowych. Każda jego fabuła ma jakąś magiczną charyzmę i jest zajmująca na tyle, że trudno oderwać się od jego dzieł. Twórca takich legendarnych komiksów, jak Strażnicy, V jak Vendetta czy Miracleman w 1999 roku rozpoczął nowy etap w swoim zawodowym życiu zakładając wydawnictwo America's Best Comics, będący imprintem Wildstorm. Na łamach tego wydawnictwa stworzył m.in. jedną ze swoich najsłynniejszych serii, Ligę Niezwykłych Dżentelmenów, oraz podzielił się z czytelnikami swoją bardzo osobistą wizją magii w Promethei.

Promethea zaczyna się podobnie jak wiele superbohaterskich komiksów, czyli od originu postaci. Główną bohaterką jest studenta Sophie Bangs prowadząca badania nad fenomenem Promethei, postaci, która od wielu lat pojawia się w literaturze i kulturze masowej, ale nadal niewiele wiadomo o jej pochodzeniu. Splot przypadkowych zdarzeń sprawia, że Sophie sama staje się współczesnym wcieleniem Promethei, a magia, której używa, pomoże ochronić świat przed grożącym mu niebezpieczeństwem ze strony tajemniczej sekty zwanej Świątynią. Los bywa niestety przewrotny i po pewnym czasie okazuje się, że przeznaczenie nowej obrończyni ludzkości jest zgoła odmienne, a Świątynia w pewnym sensie działa tak naprawdę ze zrozumiałych pobudek.

Niestety trudno jest ocenić Prometheę w sposób jednoznaczny. Fabuła komiksu ewoluuje i z początkowo typowej opowieści o walce pomiędzy siłami światła i ciemności, przeradza się w osobisty manifest scenarzysty na temat magii, kabały i okultyzmu. Zmiana charakteru pisanej historii to u Moore'a nic nowego. Zastosował taki zabieg chociażby w Balladzie o Halo Jones, gdzie prosta przygoda science fiction okazuje się w ostateczności pacyfistycznym przesłaniem, czy w Miraclemanie, w którym naiwna superbohaterska opowiastka zmienia się w historię na temat wyższości utopijnego świata nad ludzką egzystencją.

W Promethei ta zmiana wręcz bije po oczach i mam tu na myśli dosłowne znaczenie, ponieważ warstwa wizualna również ewoluuje. Począwszy od drugiego tomu zbiorczego Sophie/Promethea rozpoczyna magiczną podróż poprzez różne sfery kabalistycznego Drzewa Życia. Towarzyszy jej niedawno poznana przyjaciółka, która była wcześniejszym wcieleniem naszej niesamowitej bohaterki. To właśnie z tym tomem mam największy problem. Moore prezentuje w nim swoją wizję mistycyzmu i choć całość jest ciężka w odbiorze, a wręcz przytłacza czytelnika filozoficznym manieryzmem, to jednak muszę przyznać, że czerpałem niekłamaną frajdę z lektury. Podobnie mam z wierszami Wiliama Blake'a: bardzo mi się podobają, choć ni w ząb ich nie rozumiem 😆.

Nie mam z kolei problemu ze wspomnianą warstwą wizualną. Jest absolutnie spektakularna, zjawiskowa, nietuzinkowa, ... . Mógłbym tak w nieskończoność, aż ostatecznie zabrakłoby mi epitetów określających mój zachwyt nad rysunkami stworzonymi przez J. H. Williamsa III. Nie od dziś wiadomo, że Moore dobiera sobie niezwykłych grafików, ale wizja uniwersum Promethei przedstawiona przez amerykańskiego artystę to prawdziwa graficzna orgia. Williams stosuje wiele różnych technik uwypuklając w ten sposób klimat snutej opowieści. Zresztą obraz mówi tysiącem słów, tak więc ja już się zamykam i pozwalam przemówić temu wspaniałemu artyście 😀.







Moja ocena całej serii: 6/10. Lektura Promethei z pewnością nie należy do najłatwiejszych. Choć początkowo otrzymujemy standardową superbohaterką opowieść, to jednak w dalszej części autorzy mocno uderzają w mistyczne tony, okraszone nutką psychodelii, co wymaga od czytelnika znacznego skupienia. Dostajemy sporo informacji na temat okultystycznych prawideł i magicznych uwarunkowań świata, co z pewnością może być nużące dla osób poszukujących w komiksach wytchnienia od całodniowej harówki. Natomiast fani Alana Moore'a oraz pasjonaci oryginalnej i różnorodnej oprawy graficznej będą z pewnością zadowoleni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz