czwartek, 2 marca 2023

Catamount - recenzja

Ostatnimi czasy dostępność tytułów wydawanych przez Studio Lain jest wręcz legendarna - wszyscy w komiksowie o nich słyszeli, ale mało kto je widział. Piszę to oczywiście z pewnym przekąsem, ale faktem jest, że ostatnie 3 komiksy z tego wydawnictwa - "Button Man", "Catamount" i "Sha" - wyprzedały się na przysłowiowym pniu. Nic dziwnego, w końcu każdy z tych komiksów to graficzna perełka, a samo wydawnictwo na bieżąco podsyca atmosferę wrzucając co jakiś czas przykładowe kadry oraz pozwalając czytelnikom wybrać okładkę wydania podstawowego i dwóch limitowanych. Nie mniejsze znaczenie ma oczywiście nakład - każdy z wymienionych tytułów wyszedł w nakładzie raptem 800 sztuk. Tak więc, parafrazując słowa księdza Jana Twardowskiego, spieszmy się kupować komiksy Studia Lain, tak szybko odchodzą.

 

Ja sam kupując "Catamounta" spóźniłem się z przedpremierą i musiałem się zadowolić się "jedynie" okładką podstawową, która sama w sobie jest wspaniała, ale jednak zamarzyłem sobie tą z totemem. Biją z niej pewna nuta zagrożenia i mroczny klimat, które odpowiednio nastrajają czytelnika.

Tak czy siak, książki (ani niczego innego) nie powinno oceniać się po okładce. Dlatego też spieszę opisać wszystkim jak komiks prezentuje się wewnątrz.

Cała historia rozpoczyna się w niezbyt odkrywczy sposób, choć nie można odmówić pewnego dramatyzmu, który przewija się przez wszystkie strony komiksu. Grupa osadników przemierzająca Amerykę zostaje przetrzebiona przez Czejenów, a z masakry ocalało jedynie niemowlę, które przygarnia młode małżeństwo zamierzające osiąść na niezamieszkanych dotąd rubieżach Dzikiego Zachodu. Dziecku nadano imię Catamount, po dzikim kocie, dzięki któremu chłopiec został odnaleziony. Na przestrzeni lat farma, którą założyli przybrani rodzice bohatera, rozrosła się, a jej właściciele zostali szanowanymi obywatelami w okolicy. Dziecko tymczasem dorasta i pod okiem doświadczonego trapera, Pada, wyrasta na młodzieńca zdolnego konkurować z najlepszymi rewolwerowcami Dzikiego Zachodu.

W komiksie nie brakuje typowych westernowych opowieści i postaci. Mamy zarówno element zemsty, jak i oskarżenie o niesłusznie popełnione zbrodnie. Dosyć istotną częścią fabuły jest znana z wielu westernów próba odkupienia ziemi pod potrzeby rozwijającej się kolei żelaznej. Oczywiście zajmuje się tym chciwy do szpiku kości i na wskroś zły szwarccharakter, który wykorzysta każdy niecny uczynek, aby zagarnąć sporne ziemie. Mamy też głupkowatych szeryfów, prawych farmerów i bohaterów szukających odkupienia za popełnione błędy. Wszystko, absolutnie wszystko, widzieliśmy już to we wcześniejszych historiach, nie tylko komiksowych czy westernowych.

I to jest właśnie mój największy zarzut do tego dzieła: jest nad wyraz sztampowe i przewidywalne. Nie oznacza  to jednocześnie, że nie angażuje czytelnika. Wręcz przeciwnie, ponieważ osobiście lubię takie proste fabuły i komiks pozwolił mi się odprężyć w zimowe wieczory. Na pewno osoby, które szukają złożonych i skłaniających do przemyśleń fabuł będą zawiedzione, ale z doświadczenia wiem, że takie osoby raczej po western i tak nie sięgają 😉. Osobiście przy lekturze bawiłem się naprawdę przednio, dostałem to, na co liczyłem i nie jestem zawiedziony. W całej historii wyczułem nawet potencjał na zdecydowanie dłuższą serię, ale niestety lektura ostatniego zeszytu, który był najsłabszy ze wszystkich, nie była na tyle satysfakcjonująca abym chciał poznać dalsze losy Catamounta. Tak więc wychodzi na to, że całość zakończyła się w odpowiednim momencie 😀.

Recenzując ten tytuł nie można zapomnieć o cudownych rysunkach stworzonych przez samego scenarzystę, tj. Benjamina Blasco-Martineza. Kadry są naprawdę wspaniałe wręcz, jak to się aktualnie mówi, epickie.

 

Zresztą kreska Blasco-Martineza bardzo ciekawie ewoluuje, podobnie jak było to w przypadku Rosińskiego przy serii "Thorgal", tylko tutaj odbyło się to w przyspieszonym tempie. Pierwszy zeszyt to typowy rysunek, oczywiście bardzo dokładny i doprecyzowany. Natomiast w kolejnych trzech artysta stosuje technikę malarską, która nadal w zachwycający sposób oddaje ducha opowieści. Na każdy kadr można patrzeć w nieskończoność, choć trzeba przyznać, że autor niezbyt radzi sobie z kobiecymi postaciami i wydawało się, że kobietom, a szczególnie ich twarzom brakuje pewnego doprecyzowania.

Kadr zeszytu 1

Kadr zeszytu 4

 

Moja ocena: 7/10 (przy czym ocena jest wyższa dzięki cudownym rysunkom).

 

Szczegóły:

Tytuł: "Catamount" - wydanie zbiorcze
Scenarzysta: Benjamin Blasco-Martinez
Ilustrator: Benjamin Blasco-Martinez
Wydawnictwo: Studio Lain
Liczba stron: 268
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Data wydania: 3 luty 2023

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

MARVEL ORIGINS t. 1. SPIDER-MAN - recenzja

Wydawnictwo Hachette to lider komiksowych kolekcji, który regularnie zaskakuje czytelników coraz to nowszymi tytułami w swoim wydawniczym do...